O sprzęcie, pracy w górskim terenie, a także o podążaniu własną, twórczą drogą rozmawiamy z Markiem Sydorem

Justyna Miodońska • 11 sierpnia 2026 • 17 min

O sprzęcie, pracy w górskim terenie, a także o podążaniu własną, twórczą drogą rozmawiamy z Markiem Sydorem

Czasem warto zboczyć ze szlaku, by odnaleźć samego siebie – ta przewrotna maksyma stanowi motyw przewodni twórczości Marka Sydora, fotografa, filmowca i podróżnika, który wysoko ponad poziomem morza odnajduje prawdziwy spokój i natchnienie. Przeczytaj naszą inspirującą rozmowę z liderem Sony i dowiedz się, jak kształtować swój warsztat oraz wrażliwość artystyczną w zgodzie z siłami Matki Natury. 

Spis treści:

Wywiad z Markiem Sydorem

Jesteś świeżo po obronie – czy zamknięcie tego ważnego rozdziału w Twoim życiu oznacza, że szykuje się jakiś duży projekt fotograficzny?

Marek Sydor: Powiedziałbym, że jest to właśnie taki mocny krok do przodu, bo ta magisterka bardzo mnie wstrzymywała ze wszystkim, co robiłem; studia są oczywiście potrzebne i trzeba je prędzej czy później skończyć, ale był to etap, w którym czułem, że stoję w miejscu.

Takim największym projektem w najbliższym czasie będzie wyjazd na najwyższy szczyt Europy, czyli Mont Blanc, ale przed nim będę też wchodzić na inne szczyty, bo tego wymaga aklimatyzacja. W Alpach byłem tylko raz i był to wyjazd związany z marką Mammut; tam chodziliśmy po lodowcu, ale nie byliśmy stricte w górach, więc to będzie taka moja pierwsza wyprawa alpejska.

Będzie to też spore wyzwanie sprzętowe, ponieważ ja nigdy nie nagrywałem takiego prawdziwego vloga z wyjazdu – zawsze to robiłem telefonem, najprościej jak się da, bo wiedziałem, że potem przez studia nie będzie na nic czasu – a teraz chciałbym faktycznie się do tego przyłożyć, rejestrować wszystko kamerą, może też jakimiś sportowymi... planuję też nagrywać w trasie głosówki, żeby pamiętać te wszystkie fajne i śmieszne szczegóły.

Oczywiście sam wyjazd to jedno, ale przygotowanie do niego, to drugie – jestem już w trakcie treningów i w sierpniu chciałbym jeszcze stworzyć materiał właśnie z samych przygotowań: co dokładnie zrobiłem, w co się angażowałem, jakie kursy zrealizowałem oraz jak przygotowuję swój sprzęt, co zabieram i dlaczego...

fot. Marek Sydor

No właśnie – jak szykujesz się na tę wyprawę? Bo sama kwestia magazynowania materiału i zasilania w trasie wydaje się być bardzo skomplikowana ze względu na zmienne warunki atmosferyczne, które sprzyjają padaniu akumulatorów i awariom sprzętu...

Na pewno będę musiał iść bardzo na lekko, czyli mieć minimum sprzętu do nagrywania, bo wiem, że nie chcę mieć zbyt ciężkiego plecaka; nie mam też zamiaru wchodzić pod górę ze statywem czy z lampami błyskowymi.

Mam już za sobą sporo pracy w zmiennych górskich warunkach, więc też pod tym kątem nie bardzo się obawiam czegokolwiek, choć wiem, że będę musiał na pewno zainwestować w dodatkowe baterie do aparatu, może w jakąś nową kamerę sportową, w lepszego powerbanka i filtry ND.

Na pewno będę też zgrywał materiały na telefon, a z telefonu na zewnętrzny mały dysk – tak żeby materiał był zawsze w dwóch miejscach, na wypadek gdyby coś się stało z kartą.

Kiedy poczułeś, że fotografia jest tym rodzajem medium, którym chcesz się zajmować?

Gdy byłem mały, to zawsze zabierałem mamie aparat, bo praktycznie od zawsze mnie fascynował; w czasie pandemii wychodziłem z aparatem na pole niedaleko mojego domu i właśnie tam, metodą prób i błędów, uczyłem się podstaw fotografii.

Ja też nigdy nie lubiłem siedzieć stricte nad jakimiś poradnikami, chciałem się fotografii nauczyć sam, żeby potem móc czuć przez ten aparat; wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę fotografować w górach, bo byłem po trzech operacjach kolana, więc początkowo zanurzyłem się w fotografię uliczną, która mnie jednak bardzo szybko znudziła...

Co w takim razie wyróżnia fotografię górską? Co Cię przyciąga do tego surowego, czasem może nawet monotonnego widoku z góry? 

Nie powiedziałbym, że ten widok jest monotonny, bo warunki w górach są zawsze różne – pojawia się mgła, deszcz czy też inne zjawiska i krajobraz od razu się zmienia.

W momencie, gdy już któryś raz z rzędu wchodzę na ten sam szczyt, to za każdym razem mogę doświadczyć go w inny sposób; za każdym razem te chmury na fotografii mogą wyjść jakoś inaczej, mogą zasłonić jakąś część góry i nie wiadomo wtedy, gdzie ona się kończy... Osobiście uwielbiam też pokazywać surowość górskich terenów i to, jak w tej przestrzeni radzi sobie człowiek – no bo w mieście to radzą sobie wszyscy...

fot. Marek Sydor

Tak, choćby ze względu na bodźce, których w mieście nie brakuje, a w górze trzeba być mocno wyczulonym na każdą drobną zmianę...

Tak, trzeba być tu i teraz – a miasto jest ciągle pędzące i dla mnie właśnie przez to bardziej monotonne. Wiadomo, że są tacy twórcy, którzy uwielbiają fotografię uliczną i tworzą genialne kadry, poszukują emocji i tak dalej – ale ja nie czułem się w tych tematach komfortowo, bo intuicja podpowiadała mi, że ci ludzie przed moim obiektywem nie do końca chcą być na tych zdjęciach.

W góry natomiast zwykle idę z przyjaciółmi i ci najbliżsi mi ludzie zawsze chcą być na zdjęciach – sztuką jest też zrobić je tak, jakby były niepozowane, bo one wtedy naprawdę fajnie wychodzą.

W tych górach jest jakoś po prostu inaczej, zawsze przeżywam tam nowe przygody i pokonuję nowe trudności... one same w sobie są też majestatyczne i jest to coś zupełnie innego, niż mamy na co dzień...

A jak to się stało, że zacząłem je fotografować? W któreś swoje urodziny pojechałem z aparatem w góry i właśnie wtedy zrozumiałem, że chciałbym to robić częściej; co prawda ledwo wtedy wszedłem na Kasprowy Wierch, bo byłem świeżo po operacji, ale ostatecznie fajnie wyszło, bo na nowo zakochałem się w górach – właśnie przez fotografię. 

W jaki sposób pokazujesz górskie miejscówki, które ze względu na niesłabnącą popularność tracą jednocześnie swoją unikatowość? Jakich walorów poszukujesz w obrazie, żeby te miejsca wyróżnić?

W Tatrach jest bardzo dużo oklepanych miejsc – to pasmo wcale nie jest takie duże i jak się już trochę po nim pochodzi, to rzeczywiście ma się wrażenie, że naprawdę było się wszędzie i że nie da się już nic nowego zaproponować. 

Gdy podróżuję z przyjaciółmi, to zawsze z taką myślą, że chciałbym opowiedzieć jakąś historię obrazem – na przykład o trudnościach, które przeżywamy w trasie, albo po prostu o tym, że wspólna droga sprawia nam ogromną radość.

Każdy fotograf szuka swojego spojrzenia, dlatego nawet najbardziej oklepane miejsce można ująć w mocno indywidualny sposób; ja bardzo lubię odtwarzać w postprodukcji to, jak zapamiętałem dany moment. Mam też przyjaciela daltonistę, który próbuje swoich sił w fotografii i ona jest naprawdę wyjątkowa, ponieważ on te kolory widzi inaczej – coś tam może się oczywiście nie zgadzać, ale to jest właśnie jego, to jest oryginalne podejście....

...a dużo ludzi przyjeżdża po prostu na taką Halę Gąsienicową, żeby uchwycić wierzbówkę, która właśnie tam kwitnie i to jest ich „cała fotografia"...

fot. Marek Sydor

Wspomniałeś właśnie o fotograficznych cliché w polskich górach, a mi do głowy przyszło inne miejsce w słowackiej części Tatr – czerwona koniczyna inkarnatka we wsi Młynica i skandaliczne zachowanie ludzi, którzy dosłownie ją zadeptali... i tutaj mam pytanie o etykę pracy: czy celowo nie udostępniasz swojej lokalizacji, żeby zapobiegać takim incydentom?

Miałem takie momenty, w których specjalnie nie udostępniałem lokalizacji, żeby też po prostu nie zachęcać do odwiedzania tych miejsc, bo zwyczajnie je lubię... jednak prawda jest taka, że prędzej czy później i tak ktoś je znajdzie, jeśli będzie tego bardzo chciał, bo jak już powiedziałem – Tatry nie są duże i ja sam często na podstawie samych fotografii jestem w stanie stwierdzić, gdzie dokładnie zostały one zrobione.

Wierzbówka w Hali Gąsienicowej to klasyczny przykład tego, jak ludzie nie dbają o wspólną przestrzeń; ja zawsze staram się stać gdzieś na granicy tej wierzbówki, nie wchodzić w nią i raczej wychylić się po prostu z aparatem, żeby ją uchwycić; po to właśnie są te wszystkie zakazy, barierki, żeby faktycznie je respektować – bo jeśli ktoś po mnie będzie chciał zobaczyć tę wierzbówkę, to dlaczego ja mam w nią wchodzić i ją niszczyć?...

W Tatrach jest dużo szlaków, w które ludzie coraz bardziej ingerują – śmiecą i generalnie nie dbają o przyrodę – krokusy w Dolinie Chochołowskiej to kolejny „świetny" przykład... mnie nigdy tam nie ciągnęło, ale jest to fenomen, który ludzie uwielbiają.

Ja jednak zdecydowanie wolę iść tam, gdzie tych ludzi nie ma, żeby znaleźć coś swojego i wyjątkowego – dla mnie są takie np. kwiaty na Orlej Perci w okresie czerwcowo-lipcowym, ale żeby je uchwycić, to trzeba wyjść wyżej – a tego ludzie już nie robią. 

Wracając do przykładu z koniczyną, to należałoby podkreślić, że jest to miejsce pracy ludzi – bo oni muszą ją potem zebrać, a przez takich „fotografów" pól niestety bardzo dużo ubywa... i ja naprawdę nie rozumiem, jak można się tak zachowywać; mam znajomych fotografów, którzy pokazali to miejsce w sposób etyczny i mieli na uwadze, że jest to przestrzeń pracy rolników, gdzie nie powinno się wchodzić.

Wiele osób zrobi jednak wszystko dla najlepszego zdjęcia – ten problem opisałem w swojej magisterce, że ta instagramizacja gór powoduje, że ludzie podążają za najlepszym kadrem kompletnie na ślepo...

fot. Marek Sydor

A czy Tobie się zdarza ryzykować dla tego jednego, idealnego kadru?

Na pewno były takie sytuacje, choć zawsze staram się być pod każdym kątem zabezpieczony i sprawdzić, czy mam przestrzeń do tego, żeby móc zrobić zdjęcie i dopiero potem je robię.

Bywają sytuacje, że na przykład stoimy sobie z przyjaciółmi zimą w żlebie pod kątem 45°, śnieg jest sypki i trochę się w nim zapadamy, albo śnieg jest twardy i jak źle postawię nogę to zjadę... więc najpierw muszę się dobrze wbić rakami w ten żleb, potem wbić się czekanem i zostaje mi do dyspozycji tylko jedna ręka, którą chwytam aparat, odchylam się w tył i jakoś robię to zdjęcie – choć nie jest to do końca bezpieczne również dla samego aparatu...

Bardzo lubię wybierać takie miejsca i sytuacje, w których ludzie zazwyczaj nie fotografują – większość z nich pokazuje zdjęcia z samego szczytu, a mało jest zdjęć z drogi, w czasie której można wspólnie przeżywać trudności – i to jest w tym wszystkim najfajniejsze.

W jaki sposób bycie liderem Sony wpłynęło na Twoją karierę?

Na aparatach Sony pracuję regularnie już od paru lat i uważam, że jest to naprawdę rewelacyjny sprzęt – na pewno najlepszy do tego typu fotografii, którą ja uprawiam, ponieważ jest to sprzęt hybrydowy. Obecnie pracuję na Sony A7c II, który ma świetną stabilizację obrazu, dysponuje S-Log3 oraz nagrywa 10-bitowy materiał – jest więc duże pole do manewru, jeżeli chodzi o obróbkę materiału; ten model jest też niesamowicie lekki.

Bycie liderem Sony zdecydowanie mi pomaga, bo mogę przede wszystkim testować różne obiektywy i aparaty; jadąc na przykład do Szwajcarii wziąłem ze sobą ZV-E1, którego nigdy wcześniej nie używałem; finalnie sprawdził się mi świetnie pod kątem zdjęć i filmów, choć brakowało mi w nim jedynie migawki mechanicznej – bo ja jestem wielkim fanem mechanicznych, analogowych rozwiązań – i właśnie ten srebrny model A7c II trochę taki aparat analogowy przypomina. 

Fotografia analogowa bardzo dużo mnie też nauczyła i polecałbym każdemu z osobna chociaż raz zużyć rolkę filmu, żeby móc się nauczyć tej fotografii z innej perspektywy. Ja też nie lubię trzaskać zdjęć w serii, wolę złapać jeden moment i tak zazwyczaj pracuję – co prawda zdarzyło mi się ostatnio użyć trybu serii, bo skakałem nad jakimś wodospadem, ale generalnie rzadko tego używam; nie lubię potem wybierać tych zdjęć w postprodukcji, gdy jest ich tak dużo, a dwa – uwielbiam magię tego jednego momentu, niczym właśnie w analogu. 

fot. Marek Sydor

Powiedz mi coś o ogniskowych, których używasz na co dzień.

Używam tylko jednego obiektywu 24-70 mm od Sony ze światłem f/2.8 i jest to zupełnie wystarczający obiektyw do tego, co robię; na pewno w przyszłości wyposażę się też w coś szerszego – coś w stylu 16 mm albo 12 mm, bo do nagrywania ludzi w ruchu, w górach, to jest rewelacyjna ogniskowa – i oczywiście w 200 mm, żeby przybliżyć te góry z daleka do odbiorcy.

Na początku myślałem, że światło f/2.8 może być niewystarczające, ale obecne aparaty Sony dają niesamowite możliwości przy wyborze wartości ISO; rozmycie też da się fajnie złapać, choć w górach nie zawsze jest ono pożądane, bo jednak często chce się uchwycić kilka planów jednocześnie...

Wydaje mi się, że najpowszechniejszą trudnością dla osób początkujących w temacie fotografii górskiej jest właśnie kwestia odtworzenia na matrycy tego, co widzą ludzkie oczy – dlaczego odwzorowanie skali przestrzeni jest takie problematyczne?

Największym błędem jest fotografowanie krajobrazów z perspektywy wzroku i one są wtedy takie nijakie, bo ludzie najczęściej fotografują wszystko telefonem.

Ogniskowe robią dużą robotę, bo mogą dosłownie „przyciągnąć" te góry do matrycy, a im większa jest ich wartość, tym efekt się wzmaga i wtedy rzeczywiście można odnieść wrażenie, że tych gór jest więcej. 

Często spoglądam na krajobraz tak, jakbym patrzył już przez obiektyw – dostrzegam jakiś kadr i myślę sobie, że tu przykładowo pasuje 70 mm, tutaj 24 mm, a tu jeszcze coś innego – oczyma wyobraźni widzę po prostu efekt końcowy, bo na przestrzeni lat dużo używałem różnych obiektywów. 

W Tatrach nie ma dużo gór i nie ma tam takiego poczucia przestrzeni jak na przykład w Alpach – bo tam, gdzie się tylko nie rozejrzymy, to tych szczytów jest ogrom – a w Tatrach trzeba tego odbiorcę fotografii trochę oszukać; wiadomo, że oko ludzkie zobaczy różnicę, ale aparat wcale nie musi jej dostrzec.

Trzeba więc przede wszystkim w dobrą stronę skierować aparat, dobrze jest też korzystać z planów, czyli na przykład część kadru przysłonić człowiekiem, różnymi elementami krajobrazu, kwiatami – żeby właśnie oddać tę przestrzeń.

Warto też się zastanowić, co my chcemy opowiedzieć tym zdjęciem? Czy chcemy pokazać tylko szczyt, a może kwiaty, skały, czy może właśnie człowieka, który dodaje skali ze względu na swój niewielki rozmiar? Ja bardzo lubię to porównanie. 

A która z ogniskowych mogłaby się sprawdzić w przypadku osoby początkującej?

Myślę, że w górach nie ma co wybierać pojedynczej ogniskowej, tylko jak już, to pójść na początek w obiektywy kitowe z przysłoną f/4 lub f/5.6 – lepiej uderzyć w zmienne ogniskowe, bo dzięki temu jest większe pole do manewru i można więcej tych kadrów złapać – nawet w telefonie mamy dostęp do szerokiego zakresu ogniskowych i zdjęcia mogą wyjść dużo lepsze niż u osoby, która miałaby ze sobą tylko obiektyw stałoogniskowy

Co prawda mi osobiście zależy na tej jasności obiektywu, bo ona też rozmywa tę przestrzeń, ale z drugiej strony, gdy zwiększymy ogniskową na przykład do 105 mm, to tło i tak się rozmyje z powodu kompresji, a wartość przysłony w tym przypadku nie zrobi dużej różnicy.

Często jest tak, że jakieś aparaty leżą w domu nieużywane i one właśnie mają obiektywy kitowe – dobrze jest więc z nimi zacząć, nauczyć się przede wszystkim kompozycji oraz tego, co się chce przekazać przez aparat, a z czasem zastanowić się, w co warto zainwestować. 

fot. Marek Sydor

Czy wyprawa na Mont Blanc będzie przełomowa pod kątem eksperymentowania? Czy chcesz wprowadzić do swojego contentu elementy, które nie są charakterystyczne w Twojej twórczości?

Na pewno chciałbym mocno uderzyć w detale i w emocje; będę też musiał często oddawać aparat mojemu asystentowi podróży, Tymkowi, bo ja też chcę być na tych zdjęciach – Tymek będzie miał swoje spojrzenie, nie zawsze idealnie proste, ale też uważam, że prostowanie zdjęć w przypadku wyprawy, ekspedycji, nie zawsze jest pożądane, bo łapiemy momenty, a nie robimy stricte zdjęć krajobrazowych...

Nie chcę też wszystkiego zdradzać, ale lubię być wrzucony w dany moment i pracować z tym, co mam.

Czy towarzyszy Ci lęk w związku z tą wyprawą?

Oczywiście, że tak. W Alpach jest obecnie dziwna sytuacja, bo przez fale upałów wieloletnia zmarzlina na szczytach zanika, przewodnicy już nie wchodzą tak chętnie na Matterhorn, a trasa z Włoch na Mont Blanc praktycznie przestała istnieć...

My będziemy iść bardziej standardową drogą, też żeby po prostu się sprawdzić, ale jest tam jeden fragment nazywany Grand Couloir – czyli kuluarem śmierci – i tam największym problemem są spadające z góry kamienie, które w teorii powinien trzymać lodowiec; w momencie, gdy ten lodowiec będzie puszczał, a wiemy, że właśnie tak będzie, to pojawia się u mnie strach.

Będziemy oczywiście wychodzić jak najwcześniej, żeby tego słońca w kuluarze uniknąć, ale jeśli nie damy radę przejść tego momentu, to też nie będziemy iść na zabój – tylko poczekamy... nie wiemy, co da nam góra.

Masz jakąś złotą radę dla wszystkich osób, które chciałyby podążać Twoją drogą?

Na pewno to, żeby jednak szły swoją własną – wiadomo, że inspiracje są super, ale ważne jest próbować swoich sił na swoje sposoby; i ja właśnie staram się na Instagramie zachęcać ludzi do tego, żeby robili to, co kochają i też pokazać, że to wcale nie jest takie trudne, że nie potrzeba wiele...

Trzeba korzystać z tego, co się ma, a z czasem na pewno warto odezwać się do różnych firm czy też zainwestować w nowy sprzęt, który z całą pewnością zaprowadzi wszystkich wędrowców bardzo wysoko i bardzo daleko.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

fot. Marek Sydor

Wywiad z Markiem Sydorem przeprowadziła Justyna Miodońska. 

Wszystkie fotografie zawarte w artykule są autorstwa Marka Sydora. Kopiowanie oraz rozpowszechnianie fotografii bez zgody autora jest surowo zabronione. 

Sprawdź nasze inne teksty na blogu FotoPlus:

Górskie opowieści. Rozmowa z fotografem Marcinem Ciepielewskim

10 powodów, dla których warto wybrać markę Sony!

Opowieść o wyjściu z podziemia. Światłoczuła droga Radosława Wojnara

Najnowsze

Zostań naszym stałym czytelnikiem

Bądź na bieżąco z nowościami foto-wideo, inspiruj się wybitnymi twórcami, korzystaj z praktycznych porad specjalistów.

Poinformujemy Cię o super promocjach, interesujących kursach i warsztatach.