Opowieść o wyjściu z podziemia. Światłoczuła droga Radosława Wojnara

Justyna Miodońska • 3 marca 2026 • 19 min

Opowieść o wyjściu z podziemia. Światłoczuła droga Radosława Wojnara

„Ciężej niż w górnictwie na pewno mieć nie będę” – to zdanie stało się mottem Radka Wojnara, który w 2021 roku postanowił pożegnać się z pracą w kopalni i zacząć żyć na własnych zasadach. W tej niezwykle inspirującej rozmowie przeczytasz o tym, że czasem naprawdę warto postawić wszystko na jedną kartę i uwierzyć w sens swoich marzeń – nawet wtedy, gdy otacza Cię absolutna ciemność...

Wywiad z Radosławem Wojnarem aka Radofoto

Justyna Miodońska: Zaczniemy ten wywiad tradycyjnie, ponieważ chcę Cię zapytać o początki; osobiście postrzegam Twój przypadek w sposób bardzo symboliczny, bo wyszedłeś dosłownie z podziemia – z ciemności ku światłoczułości. 

Radosław Wojnar: Ja zawsze powtarzam, że fotografia otwarła mi takie fajne, różne drogi do świata, ale z drugiej strony kopalnia, w której pracowałem, podcinała mi też trochę skrzydła – bo nie było możliwości odlecenia do tych fajnych zakątków. Pracowałem w górnictwie przez jedenaście lat, ale fotografią zajmowałem się już dużo wcześniej, jeszcze zanim zatrudniłem się w kopalni.

Pod koniec 2021 roku pojawiła się opcja odejścia z pracy z jakimś tam „przywilejem", z jakąś odprawą. Stwierdziłem, że nie będzie w moim życiu lepszego momentu, żeby to zrobić; jedenaście lat pracy to jeszcze nie jest nawet połowa do emerytury górniczej, bo odchodzi się na nią po dwudziestu pięciu latach – i powiedziałem sobie „teraz albo nigdy". 

fot. Radosław Wojnar

Za dzieciaka to się skejtowało, byłem takim ziomalem, który zawsze szedł pod prąd. W kopalni też miałem dużo pracy związanej z fotografią – często byłem na jakimś L4, kombinowałem, urlopu było mało... była nawet taka sytuacja, że wyskoczyły mi trzy tygodnie pobytu w Alpach, a ja miałem w kwietniu już tylko trzy dni urlopu do końca roku...

Więc kombinowałem w robocie jak mogłem, żeby móc pracować przy swoich zleceniach fotograficznych. U dyrektora byłem kilka razy, on mnie wywalał, a mnie ratowały związki zawodowe; zawsze się jakoś udawało...

No i przyszła końcówka 2021 roku i to był ten decydujący moment, choć bardzo się bałem – jedenaście lat górnictwa dało mi jednak jakieś poczucie stabilizacji, taką stateczność w życiu. 

J.M: Jaka była reakcja Twoich bliskich? Wspierali Cię czy wręcz przeciwnie?

R.W: Wsparcia raczej nie miałem – zawsze mi wszyscy mówili, że to moja decyzja i żebym wiedział, co robię.

Moi koledzy, którzy do tej pory pracują w kopalni, czasem pytają mnie „czy żałuję", jak się gdzieś spotykamy – a ja zawsze odpowiadam, że nigdy nie żałowałem i nigdy żałować nie będę.

Moja mama się na pewno martwiła, no bo wiesz – przychodził 10-ty, zawsze kilka tysięcy na koncie było, do tego barbórka, węgiel, czternastka... tych dodatków socjalnych też było dosyć sporo. 

J.M: A tu nagle freelance...

R.W: Tak, przejście na swoje. Ale to wszystko mi się tak naprawdę zazębiło – bo gdy się zwolniłem, to nagle zacząłem też wyjeżdżać na wyprawy polarne.

Pod koniec listopada 2021 roku wysyłałem pierwsze podanie na Spitsbergen i wtedy jeszcze tak naprawdę nie wiedziałem, czy te odprawy w pracy będą, czy te zwolnienia z kopalni będą... i nagle, 27 grudnia powiedzieli nam, że są dokładnie cztery dni, żeby podpisać papier i odejść z górnictwa.

Byłem trochę załamany, nie powiem, bo oni nas ciągle trzymali w niepewności... a potem na załatwienie tych wszystkich formalności było bardzo mało czasu; ale niedługo później, bo już w styczniu 2022 roku miałem rozmowę kwalifikacyjną na 45. Polską Wyprawę Polarną... i siadło!

fot. Radosław Wojnar

Powtarzam sobie, że te trudne decyzje, których tak bardzo boimy się w życiu, mogą nieoczekiwanie w bardzo szybkim czasie przynieść fantastyczne rezultaty; dokładnie tak było w moim przypadku.

J.M: Myślisz, że to jedenaście lat pod ziemią w istotny sposób wpłynęło na Twój charakter? Czy wykształciły się w Tobie jakieś specjalne cechy, które przydają Ci się także w roli fotografa?

R.W: Pracowałem w sercu kopalni, na oddziale wydobywczym, a z wykształcenia jestem technikiem górnictwa podziemnego.

To jest bardzo trudna praca, ale przede wszystkim jest to praca zespołowa – nie da się w górnictwie niczego zrobić samemu; i tak to 11 lat ciągłego przebywania z ludźmi, polegania na sobie, to bardzo się teraz odbija u mnie w pracy – dotarłem też do takiego momentu, że jak nie mam aparatu przy sobie, to jest mi trochę nieswojo.

Z aparatem mam pięć plus do pewności siebie i do takiej zaradności z ludźmi, bo nawet jak nie ma o czym gadać, to „dawaj, zrobię zdjęcie" i cyk! Jakoś leci wtedy. Więc tak, bardzo lubię pracować z ludźmi, szczególnie z dzieciakami – dochodzę do wniosku, że dzieci przed obiektywem są najfajniejsze, najbardziej spontaniczne.

J.M: Czy Twoja przeszłość zawodowa ma wpływ na tematykę Twoich zdjęć? Ciągnie Cię do do reportażu przemysłowego i uwieczniania trudu ludzkiej pracy, a może przeciwnie – uciekasz w stronę zupełnie innej estetyki?

R.W: Są różne miejsca do fotografowania, czasami jest trudniej, a czasami jest gorzej; bywałem w Alpach, gdzie po prostu łapy grabieją, bo jest -10 na Mont Fort, a później leciałem na jakieś wyspy egipskie, gdzie smażyło mnie słońce, bo byłem blisko równika; 32 stopnie w cieniu, zero chmur, a tu 6 godzin na tej plaży trzeba fotografować... nie chcę zamykać się w żadnych fotograficznych ramach, lubię wyzwania i ciągły rozwój, więc nie gardzę żadnymi zleceniami.

J.M: Czyli ten etap pod ziemią był dla Ciebie rodzajem hartu wobec ekstremalnych warunków atmosferycznych w terenie.

R.W: Tak, zdecydowanie. Powtarzam sobie, że gdzie bym teraz nie był i czego bym nie robił, to ciężej niż w górnictwie na pewno mieć nie będę. I gdziekolwiek jestem, to zawsze staram się być wdzięczny za to, co mogę robić.

Ale bywają też takie dni, że wstaję rano, mam po prostu gorszy dzień i nie chce mi się fotografować, nawet w pięknych okolicznościach – gdy przykładowo siedzę już trzeci tydzień na jachcie i mam dookoła siebie morze... ale potem idę na dziób statku i patrzę „o, chłopcy na dole robią, uciorani"... i myślę sobie, że ja już ciężką robotę w swoim życiu przeżyłem i gdy nic mi się nie chce, albo gdy jest mi zbyt zimno lub za gorąco – to po prostu nie narzekam.

fot. Radosław Wojnar

A czy praca w kopalni wpłynęła na estetykę moich fotografii?... „tam na dole" nie jest estetycznie, to na pewno nie; co prawda zrobiłem kilka zdjęć w kopalni, miałem nawet swoje wystawy – organizowałem licytację zdjęć razem z Fundacją Rodzin Górniczych; wystawiłem wtedy wszystkie swoje zdjęcia, które przez cały rok udało mi się tam zrobić; górnicy i ludzie na Facebooku licytowali te fotografie i zebraliśmy wtedy 5 tysięcy złotych. 

J.M: Planujesz swoje zdjęcia? Tworzysz jakiś harmonogram działań od A do Z, czy idziesz na żywioł?

R.W: Zawsze staram się przywieźć coś świeżego – zrobić coś, czego ja sam po prostu jeszcze nie zrobiłem; bo współcześnie bardzo trudno być oryginalnym. Mi się wydaje, że wszystko już zostało zrobione...

Ja raczej swoich fotografii nie planuję; te moje wyprawy stają się też u mnie cykliczne – to będzie teraz mój trzeci sezon, od kiedy fotografuję kitesafari; surfing jest dla mnie bardzo nowy, świeży.

Ostatnio kiedy byłem w Indonezji, to strasznie ubolewałem, bo nie mogłem się wykazać na tej wyprawie; przez tydzień fotografowałem surferów na fali, ale niestety za każdym razem z tego samego miejsca, gdzie po prostu fala omijała moją łódkę, na której byłem.

Miałem możliwość poruszania się tylko w przód i w tył, ciągle jedna i ta sama perspektywa – nie miałem dostępu do lądu i to było dla mnie bardzo męczące.

Potem miałem jakieś dwa dni wolnego w tej Indonezji, więc wziąłem skuter wodny i mówię sobie „spróbuję znaleźć tę miejscówkę, gdzie oni surfują" – miałem wtedy przy sobie obiektyw Canon RF 800 mm f/11 IS STM z przejściówką Extender RF 1.4x, więc wychodziło prawie 1200 mm ogniskowej – a ci surferzy na tym spocie byli nadal tacy malutcy! – więc było mi ciężko...

fot. Radosław Wojnar

Ja generalnie dużo też działam na spontanie i staram się dopasować do tego, co jest, co się dzieje; to samo dotyczy interakcji z ludźmi, bo czasami osoby chcą, żeby fotografować je z bliska, inni preferują coś innego... różnie to bywa.

Też wypracowałem sobie taki nawyk, że jeśli przykładowo fotografuję snowboardzistów, to sam też na tym snowboardzie jeżdżę i to jest moja normalna część dnia; jest to dla mnie mało komfortowe, gdy fotografuję sporty, których nie uprawiam – tak jest właśnie w przypadku surfingu i kitesurfingu.

J.M: Jesteś team Canon?

R.W: Tak, całe życie!

J.M: Jak ta marka i jej technologia pomaga Ci na co dzień w pracy? Co ją wyróżnia?

R.W: Trudno jest mi Canona porównać do innych marek, bo ja całe życie fotografuję tylko Canonem.

Przerobiłem tych aparatów kilka – od amatorskich, przez półprofesjonalne i te najbardziej zaawansowane – a teraz dzięki współpracy z FotoPlus, mam tę przyjemność, że mogę pracować z dosłownie wszystkimi aparatami Canona z najwyższej półki.

W zeszłym roku naprawdę sporo ich przetestowałem i któregokolwiek nie wziąłbym do ręki, to ja po prostu chwytam ten aparat, zapinam obiektyw i robię zdjęcia – i nie ma żadnej rozkminy gdzie coś jest, gdzie czegoś szukać – wszystko jest ze sobą spójne, bez względu na model; jakieś minimalne różnice pod palcami są, ale to wszystko pracuje bardzo podobnie.

I to właśnie bardzo sobie cenię w Canonie – że przez tych kilkadziesiąt lat, wypracowałem sobie tak tę prędkość, że ja nie myślę o parametrach, kiedy fotografuję: chwytam aparat do ręki i już mam po prostu w głowie, że to będzie ta przysłona, ta migawka i to ISO.

Kiedyś fotografowałem podczas zawodów badmintona w Tarnowie na hali Jaskółka w czasie European Games w 2023 i w związku z tym miałem też dostęp do wszystkich aren, na których coś się odbywało; pojawiłem się wtedy również na stadionie chorzowskim i zobaczyłem, że Sony ma tam swoje stanowisko, więc przetestowałem sobie ich sprzęt.

Pamiętam, że testowałem chyba model A1 z obiektywem Sony FE GM 600 mm f/4 OSS i byłem wtedy oczywiście zachwycony. Na płycie stadionu chorzowskiego fotografowałem skok w dal i nie mogłem uwierzyć, że ten aparat może pracować z prędkością 30 klatek na sekundę; ci skoczkowie biegli w moją stronę sprintem, a aparat mierzył na oko i wszystkie z trzydziestu zdjęć było trafionych: sprint, skok i lądowanie, wszystko było ostre.

Technologicznie było to dla mnie „wielkie WOW", ale wiesz... stałem przed tą bieżnią, gdzie oni skakali i myślałem sobie „gdzie się tutaj zmienia przysłonę?" – i to było dla mnie takie krytyczne, bo straciłem swoją własną moc i prędkość – tu i teraz trzeba było fotografować, a ja nie ogarniałem przycisków!

J.M: Więc ergonomia ma ogromne znaczenie; to, jak ten korpus jest skonstruowany.

R.W: Zdecydowanie; pod tym względem numerem jeden jest dla mnie Canon R6 Mark III, ten aparat po prostu fantastycznie leży w dłoni.

Też się kiedyś zastanawiałem na co komu funkcja zapisu fotografii z prędkością 40 klatek na sekundę – kto tego używa, do czego?

Ale jednak okazało się, szczególnie właśnie podczas kitesurfingu, że ma to olbrzymie znaczenie; te wszystkie kluczowe momenty podczas trików, jak oni lecą, to są ułamki sekund, gdy zawodnik łapie deskę, potem kajta i ciągnie go w odpowiednim momencie, gdy jest on prawidłowo wygięty... i właśnie ta prędkość daje mi możliwość wyboru fantastycznego ujęcia z całej serii. 

fot. Radosław Wojnar

J.M: Myślisz, że producenci będą w stanie nas czymś jeszcze zaskoczyć w kontekście technologii?

R.W: To jest dobre pytanie, nigdy się w sumie nad tym nie zastanawiałem... ale jest coś, co zrobiło kiedyś na mnie ogromne wrażenie – to było ostrzenie za pomocą gałki ocznej w Canonie R3, w którym po raz pierwszy pojawiła się ta technologia.

Na pewno jest ona jeszcze do dopracowania, ale niewątpliwie jest to też coś niesamowitego – że patrząc w wizjer można sterować ostrością z dużą dokładnością, co szczególnie przy długich ogniskowych robi wrażenie, gdzie tych kila centymetrów rzeczywiście decyduje o tym, czy ta ostrość jest w odpowiednim miejscu, konkretnie na oku, a nie na przykład na nosie.

Ja uwielbiam odcinać tło w swoich zdjęciach i zawsze dążę do tego, żeby działać na jak najjaśniejszych obiektywach, żeby to oddzielenie planu zrobić możliwie najwyraźniej; strasznie to lubię na zdjęciach, takie „malowanie tłem" i właśnie dzięki współpracy z FotoPlus miałem okazję przetestować funkcję ostrzenia okiem na trzytygodniowej wyprawie na Morzu Czerwonym.   

J.M: W jaki sposób zabezpieczasz swój sprzęt i minimalizujesz ryzyko jego uszkodzenia?

R.W: Od lat ufam marce Lowepro i zawsze ich polecam, aktualnie posiadam ich model Whistler i bardzo mi służy – a dobra torba lub plecak fotograficzny, to jest absolutna podstawa, żeby wszystko sobie tam bezpiecznie siedziało.

A czego nie robić podczas samej pracy?... czasem właśnie te najbardziej wartościowe zdjęcia wychodzą wtedy, gdy zaryzykujemy; zabezpieczenie sprzętu jest ważne, ale mocne zdjęcia wymagają jednak pewnego ryzyka – staram się je oczywiście kontrolować, ale pewne sytuacje są też nieuniknione.

Zawsze na sesji w górach mówię przykładowo rajderom, że w momencie, gdy na mnie najeżdżają, to żeby byli 20 metrów ode mnie i żadnych firan ze śniegu – czyli wiesz, takiego ostrego hamowania i wyrzutu śniegu w moją stronę.

Kiedyś oczywiście popełniałem tych błędów więcej – i ten śnieg leciał na mnie, strzał prosto w obiektyw... wszystko zaklejone śniegiem, a torba ze sprzętem niezamknięta... życie nauczyło mnie, że nie można ufać nikomu i że trzeba jednak samemu pamiętać o tym, żeby pilnować siebie i swoich rzeczy.

J.M: Czyli generalnie Canon zdaje egzamin pod kątem szczelności?

R.W: O rany, tak! Nigdy nie miałem żadnego problemu z tym. Zawsze chucham i dmucham na aparaty, którymi fotografuję, choć ta moja prywatna R-ka od Canona naprawdę dużo przeszła – ten aparat przejechał Arktykę, Antarktydę, byłem z nim na kilku kontynentach, w naprawdę hardcorowych warunkach i ciągle nim fotografuję... ale wiadomo, że trzeba uważać, co się robi z aparatem, bo to jest jednak sprzęt dość sterylny, szczególnie matryca.

Też życiowe doświadczenia udowodniły mi, że jeśli chcemy mieć czyste, ładne i klarowne ujęcia, to o tę matrycę naprawdę trzeba dbać. Kiedyś, gdy miałem jakieś techniczne zlecenia w kopalni, to brałem „na dół" mojego starego Canona 40D i pewnego razu stwierdziłem, że muszę w nim wymienić obiektyw... no i jak się zapewne domyślasz, dół kopalni jest totalnie niesterylny – i nie ma znaczenia, że wymiana obiektywu zajęła mi dosłownie pół sekundy – ta matryca była już potem nie do odzyskania.

Wszechobecne latające pyłki to jeszcze nic – powietrze „tam na dole" jest też strasznie tłuste – i to, co się tam niestety wydarzyło spowodowało, że ten mój aparat już tylko na półeczce leży...

Trzeba o ten sprzęt dbać i starać się go nie wystawiać na niekorzystane warunki atmosferyczne, choć czasami, jak już wspominałem, nie zawsze jest to możliwe... a że ja lubię ryzyko, to i czasem zaowocuje to czymś fajnym na zdjęciu :)

fot. Radosław Wojnar

J.M: W jaki sposób pozyskujesz fundusze na swoje wyprawy?

R.W: Mam szczęście do poznawania świetnych ludzi i udało mi się dotrzeć do momentu, w którym podróżuję, fotografuję i jeszcze mi za to płacą – więc w sumie nie muszę się martwić tym, jak sfinansować wyprawy, bo ja jeżdżę na te wyprawy, żeby właśnie zarobić.

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że jak się robi w życiu to, co się kocha, to nie przepracuje się ani jednego dnia – i coś w tym jest, chociaż nie zawsze podczas fotografowania jest tak kolorowo. Te wszystkie podróże, które wyglądają niesamowicie na Instagramie, gdzie pokazuje się tylko „wisienki na torcie" – to w rzeczywistości wcale tak nie wygląda i stoi za tym naprawdę ogrom pracy.

Czas w kopalni dał mi takiego boostera – było mi ciężko, więc teraz doceniam to, co mam. I ci wszyscy ludzie, których poznałem, im się po prostu dobrze ze mną pracuje i pozwalają mi na te wyjazdy.

Niedługo na przykład jadę do Wietnamu, gdzie będę nie tylko fotografować, ale będę także rezydentem dla kitesurferów; w Easysurf zauważyli, że ja z tymi ludźmi, których fotografuję, nawiązuje też koleżeńskie relacje – więc stwierdzili, że oprócz robienia zdjęć, mógłbym też ogarnąć właśnie tę rezydenturę.

J.M: A czym jest dla Ciebie dobre ujęcie?

R.W: To jest takie ujęcie, gdy jak ktoś na nie spojrzy, to się po prostu zatrzyma; chociaż na te 3 sekundy!

Bardzo lubię robić portrety ludziom, którzy różnią się od nas, Europejczyków, ale jestem też maniakiem kosmosu i niesamowicie zachwyca mnie właśnie to, że jako ludzkość zamieszkujemy jedną planetę, a potrafimy być tak różni od siebie.

Ludzie z Indonezji, czy z Jamajki, gdziekolwiek się trafi, to te rysy twarzy są zawsze tak zaskakujące, zawsze coś za tymi twarzami stoi, coś w tych oczach jest... ja nawet nie wiem jak to powiedzieć; zachwycam się po prostu różnorodnością wśród nas ludzi, różnorodnością świata.

I też mam takie wrażenie, że im dalej od Polski jestem, tym mam większą szansę zrobić zdjęcie, które rzeczywiście przykuje czyjąś uwagę, ze względu na te różnice właśnie.  

fot. Radosław Wojnar

J.M: Czy fotografia daje Ci poczucie wolności, której wcześniej Ci brakowało?

R.W: Zdecydowanie tak. Wcześniej nie mogłem się tak rozwijać i iść na przód, a teraz, gdy postawiłem wszystko na fotografię, to w końcu robię coś, co od zawsze chciałem robić.

Gdy pracowałem „tam na dole", to często sobie myślałem, że chciałbym znaleźć pracę na zewnątrz, żeby móc liczyć chmurki na niebie i móc na nie patrzeć... wszystko to teraz mam – i jak tu nie być wdzięcznym? A będzie jeszcze piękniej, gdy moja partnerka, Martyna, w przyszłości będzie mogła pracować i podróżować razem ze mną; mam nadzieję, że szybko to osiągniemy. 

Jakoś niedawno na Facebooku wyskoczył mi post sprzed dziesięciu lat; wrzuciłem wtedy zdjęcie, jak byliśmy jeszcze z kolegami małolatami – i napisałem wtedy, że „jest super i oby ta tendencja zwyżkowa się utrzymała" – jak widać, moja intencja zadziałała i to dosyć mocno! Wszystko idzie u mnie na przód, nie zwalniam i oby te kolejne dziesięć lat było właśnie takie rozwojowe.

J.M: Co powiedziałbyś osobom, które czują się uwiązane w swojej obecnej pracy, ale boją się zaryzykować, żeby coś zmienić?

R.W: Żeby zacząć robić to, co się chce, najpierw trzeba w to uwierzyć. Trzeba też mieć marzenia i starać się dążyć do ich spełnienia – a później, kiedy już zmienimy swój fach i swoje środowisko pracy – to pozostaje ciężka harówa.

Trzeba się starać, być wytrwałym, mieć w sobie dużo pasji i szczerości; prędzej czy później to wszystko powinno przynieść jakieś efekty.

J.M: Na sam koniec zapytam Cię o to, jakie są Twoje aktualne marzenia? 

R.W: Kiedyś wyznaczyłem sobie taki fotograficzny cel, którym jest ścisła współpraca z marką Redbull i chciałbym właśnie być ich fotografem na jakiś ekstremalnych zawodach.

Marzą mi się też Fale Nazaré w Portugalii, wybieram się tam w już grudniu tego roku – to jest jeden z tych tripów, na którym mocno czekam – no i oczywiście lot w kosmos; to jest takie moje dziecięce marzenie, które próbuję zrealizować od 2022 roku.

Chciałbym też wysłać w kosmos balon stratosferyczny z przypiętymi aparatami i kamerami, ale nie jest to łatwy temat; mam już nawet do tego zmontowany zespół, wiem z jakimi ludźmi będę to robił...

No i tak wracając jeszcze do tego Redbulla, to robię obecnie bardzo dużo innej roboty, która mi sprzyja i jednocześnie przybliża mnie też do spełnienia tego marzenia; bo wszystkie te sporty, które dotychczas fotografowałem, to są właśnie sporty ekstremalne – więc mam nadzieję, że gdzieś właśnie w tym temacie błyśnie dla mnie światełko...

J.M: Bardzo dziękuję za rozmowę!

 fot. Radosław Wojnar

 

Wywiad z Radosławem Wojnarem aka RadoFoto przeprowadziła Justyna Miodońska. 

Wszystkie fotografie zawarte w artykule są autorstwa Radosława Wojnara. Kopiowanie oraz rozpowszechnianie fotografii bez zgody autora jest surowo zabronione. 

Sprawdź nasze inne inspirujące wywiady:

„Szukam Natchnień. Lubię nasiąkać Pięknem”. O sztuce łapania chwil ulotnych rozmawiamy z Adamem Trzcionką

Górskie opowieści. Rozmowa z fotografem Marcinem Ciepielewskim

„Gdy kręcę film, to nim żyję i czerpię z tego radość tu i teraz". Rozmowa z Krystianem Bielatowiczem

Najnowsze

Zostań naszym stałym czytelnikiem

Bądź na bieżąco z nowościami foto-wideo, inspiruj się wybitnymi twórcami, korzystaj z praktycznych porad specjalistów.

Poinformujemy Cię o super promocjach, interesujących kursach i warsztatach.